Untitled Document
Untitled Document

 

Belize 2009.

**************************************************************

Florida 2009

*************************************************************

2008.

**************************************************************

 
 

FL - NY - Pl ..2007

*************************************************************


Egipt 2006



Poland


Croatia 2006
 

************************************************************

Poland
Egipt
Alaska

2005.

**************************************************************

Cape Horn
Argentina
Bahamas
Greece

2004.

**************************************************************

Mazury 2003.

****************************************************************

Martinica .... Fryderyk/Szopen 2002.

****************************************************************

Florida 2001.

****************************************************************

T/S... F/Szopen 2000.

****************************************************************

Antica 1999.

*****************************************************************

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

*

Brak wolnych miejsc ...zapraszamy

ponownie maj 2009.

Od 29 listopada do 14 grudnia 2008.

Nautica Club organizuje wyprawe żeglarsko nurkową

Wyspy Belize

Rejs prowadzi     Capt.  Rafał Biernacki

 

Wyprawa żeglarsko nurkowa

Kurs nurkowania

Zabytki Majów

29 listopad - 14 grudzień 2008

 

Rejs katamaranem 10 dni kabina 2 osobowa wyżywienie

Nurkowanie na sprzęcie Hookah Diving Air Line


Hotele 5 dni

Water taxi z Belize City do San Pedro R/T

Nadzór instruktora nurkowania PADI

Profesjonalna obsługa zawodowego kapitana

Cruising permit

Ubezpieczenie

* * *

 

Program Wyprawy

29 listopada 2008

Wylot New York - LGA do Belize City

Z Belize City Płyniemy do San Pedro gdz.16:00

Hotel

 

30 listopad 2008

11:00. Zaokretowanie podział wacht

 

Rejs, nurkowanie dobra zabawa...

Wieczory Szantowe

10 dni

- Caye Chapel

- St. George's Caye

- Spanish Lookout Caye

- Goff's Caye

- Glover's Reef

 

*

10 grudzień 2008

Powrót do San Pedro

Nurkowanie Ambergris Caye

Hotel

*

11 grudzień nurkowanie Turneffe Reef

12 grudzień nurkowanie Blue Hole

13 grudzień Prom do Belize City

Zabytki Majów

Hotel

*

14 grudzień Powrót New York - LGA


Belize

Państwo w Ameryce Centralnej, nad Morzem Karaibskim

stolica - Belmopan

powierzchnia - 22,966 tys. km2

liczba ludności - 0,239 mln (1998)

język urzędowy - angielski

jednostka monetarna - dolar Belize

święto narodowe - 21 września (Dzień Niepodległości, 1981)

podział administracyjny - 6 dystryktów

granice z Meksykiem i Gwatemalą

Kalendarium:
1862 Belize zostaje kolonią brytyjską pod nazwą Honduras Brytyjski
1954 Przyjęcie konstytucji pozwalającej na autonomię wewnętrzną
1964 Całkowita autonomia wewnętrzna
1973 Zmiana nazwy na Belize
1975 Wojska brytyjskie udzielają pomocy w konflikcie granicznym z Gwatemalą
1981 Uzyskanie niezależności od Wielkiej Brytanii
1991 Gwatemala uznaje Belize; wycofanie wojsk brytyjskich

Ludność: Murzyni, Mulaci 50%, Indianie 30%, biali 4%; wyznania: katolicy 60%, protestanci 20%.

Ustrój polityczny
Formalnie monarchia konstytucyjna. Członek brytyjskiej Wspólnoty Narodów. Konstytucja z 1981.

Głową państwa jest monarcha brytyjski, reprezentowany przez mianowanego przez siebie gubernatora generalnego.

                                       

Belize to niewielki kraj w Ameryce Środkowej graniczący z Meksykiem i Gwatemalą. Wśród nurkowej społeczności słynie on z drugiej, co do wielkości na świecie rafy barierowej i znajdującej się tam słynnej Blue Hole.

Oprócz skarbów podwodnego świata Belize to również bardzo ciekawe miejsce na lądzie. Wchodziło ono niegdyś, obok półwyspu Jukatan, Gwatemali i części Hondurasu w skład imperium Majów. Do dziś spotkać tu można ślady tej niezwykłej cywilizacji oraz wiele zabytków, m.in. ruiny dawnych miast i świątyń: Altun Ha, Caracol, Xunantunich, Lamanai, Belize to także wspaniała przyroda: tropikalne lasy deszczowe, bogata fauna i flora.

Kiedy imperium Majów upadło, na wyspie zaczęli pojawiać się piraci szukający kryjówki dla zagrabionych skarbów? Niektórzy z nich, aby zwiększyć zarobek, zajęli się połowem wielorybów. To oni nazwali te caye - Ambergris - od woskowatej, szarawej substancji znajdującej się w wielorybich jelitach. Czasem widać, jak ambergris unosi sie na wodzie lub jest zmywana przez fale na brzeg. Dziś nadal używa się tej substancji jako składnika perfum. Kiedy piraci na tyle poszerzyli przesmyk Bocca Baccalar, ze mogli tamtędy przewieźć skarby na kontynent, cześć z nich opuściło wyspę? Po nich zamieszkali tu uciekinierzy z targanego wojna, meksykańskiego półwyspu Jukatan.

Druga pod względem długości na świecie rafa barierowa otulająca wybrzeże Belize skutecznie broniła dostępu do kraju. Siedemnastowieczne statki zdzierały kile o potężne koralowce i rozpadały się na drobne kawałki, zanim udało im się dobić do brzegu. Aż trudno uwierzyć, że kiedyś, poza tymi, co chcieli się tu ukryć, nikt nie chciał się do Beli ze zapuszczać. Podobnie żądni szybkiego zarobku hiszpańscy kolonizatorzy omijali ten malutki środkowoamerykański kraj z daleka. Nie było tu ani złota, ani chętnej do pracy siły roboczej. Jedynie rafa, rafa i rafa.

Dzisiaj ta sama rafa barierowa, która ciągnie się na długości 260 kilometrów, uważana jest za jeden z siedmiu podwodnych cudów świata. Krystalicznie czyste, turkusowe wody archipelagu, piaszczyste plaże, niesłychana obfitość podwodnego życia i niezobowiązująca, leniwa atmosfera wyspiarskiego życia składają się na reputacje Belize jako nurkowego raju. Oprócz rafy barierowej niemal każda z ponad 200 wysp i wysepek archipelagu, zwanych tutaj caye, ma swoją własną, tętniąca życiem rafę. Pasjonaci podwodnego życia przyjeżdżają tu z całego świata.

To właśnie tu znajdują się trzy wspaniale atole, 70 gatunków twardych koralowców, prawie 400 gatunków ryb, niezliczona liczba miejsc nurkowych i słynna Blue Hole. Wielkość tego niezwykłego naturalnego akwarium również jest imponująca: rafa zaczyna się przy północnym końcu Ambergris Caye i ciągnie się niemal równolegle do brzegu wzdłuż małych, piaszczystych wysepek do Punta Gorda na samym południu kraju, sięgając czasem do 80 kilometrów od brzegu.

Czasami nazywa się ja Wielka Zachodnia Rafa Koralowa albo Wielka Rafa Majów. Bo Belize razem z meksykańskim półwyspem Jukatan, Gwatemalą i częścią Hondurasu tworzy obszar zwany Mayabem, czyli krainą stanowiąca imperium Indian Majów. Na Ambergris Caye zamieszkiwało kiedyś około 10 tysięcy Indian, a pozostałości ich obecności znajdują się w północnej części wyspy, pokrytej lasami namorzynowymi. To właśnie Majowie przekopali kiedyś wąski przesmyk Boca Baccalar, który obecnie oddziela wyspę od południowego krańca meksykańskiego półwyspu Jukatan.

Pod koniec XIX wieku kapryśna historia przyniosła na wyspę Anglika, Jamesa Hume Blada. Blade kupił wyspę na aukcji rządu brytyjskiego za cale 625 dolarów. To on zarządził, ze na Ambergris Caye będzie się uprawiać kokosy, a nie łowić ryby. Moda na kokosy przeminęła jednak wraz z Blade i mieszkańcy wyspy powrócili do łowienia ryb, które zawsze lubili najbardziej. Jedyna pozostałością po Blade'zie są melancholijni sprzedawcy kokosów, rozwożący te owoce w ogromnych wózkach, ciągnionych rowerami. Próbują je sprzedać każdemu, kogo spotkają.

Dzisiaj po wielorybnikach, plantatorach kokosów i piratach dawno nie ma śladu. Ci ostatni w końcu osiedlili się na wyspie i zajęli się uprawa kampeszu, popularnego w Ameryce Środkowej drzewa barwiarskiego. Z jego miąższu uzyskuje się ciemnobrązowe barwniki i do dziś uprawia się go w dużych ilościach. Wybrzeże Ambergris utkane jest bazami nurkowymi, restauracjami i malutkimi hotelami. Ci, którzy tu przyjeżdżają, czasem z drugiego końca świata, szukają smaku raju, a nie schronienia. Tubylcy zwykle witają ich rozbrajającym 'no shirt, no shoes, no problem'.

Pomimo że północny kraniec wyspy Ambergris oddziela od Jukatanu jedynie Boca Baccalar, żeby dostać się tu z Meksyku, musimy przejechać przez północną część Belize. Dobrze, bo od razu zauważamy, jak bardzo Belize jest jedyne w swoim rodzaju. Wciśnięte pomiędzy Meksyk, Honduras i Gwatemalę, na pierwszy rzut oka odcina się na tle tak podobnych do siebie sąsiednich krajów. Czasem ma w sobie coś z wysuszonej słońcem Afryki. Czasem domy zawieszone na wysokich balach, kolorowa mieszanka ludzi o niejasnej przynależności etnicznej oraz upalna, zawiesista atmosfera egzotycznego raju przypominają plenery dawnych filmów o Bondzie.

Wizytówką Belize jest lokalne piwo Belikin, które możesz kupić na każdym kroku razem z T-shirtem z tym samym napisem. Wspaniale burritos, wypełnione mięsem i czerwoną fasolą, dziwne tamales, podawane w liściach bananowców i wszelkie owoce morza w restauracjach przy brzegu dopełniają lokalny smak. No i SA jeszcze stare, amerykańskie autobusy szkolne, obowiązkowo w żółtym kolorze. Stanowią tu główny środek transportu. Zauważamy je już w Chetumal, meksykańskim mieście na granicy z Belize. Stoją na oddzielnym dworcu autobusowym i tylko nimi możesz wjechać do kraju.

Brytyjskie przez zasiedzenie

Belize jest zrelaksowane, spokojne, upalne. Nikogo nie zdziwi twój kolor skóry, język, którym mówisz czy sposób, w jaki jesteś ubrana. Tutaj każdy uwielbia różnorodność, bo Belize, zamieszkane przez niewiele ponad 200 tysięcy ludzi, samo szczyci się nieprawdopodobną mieszaniną ras i języków. Najwięcej jest czarnych Kreoli, potomków tych samych angielskich i szkockich piratów, którzy kiedyś ukrywali się tu przed prawem, i afrykańskich niewolników (w całej Ameryce Środkowej i Południowej

Kreolami nazywa się ludzi o korzeniach europejskich, urodzonych w Amerykach). Przemieszani rasowo i bardzo z tego faktu dumni, czarni Kreole stanowią prawie połowe ludności Belize.

Oficjalnym językiem jest angielski, jednak język, którym mówią Belizejczycy, pomimo ze dla nas brzmi jak angielski, jest podobno zupełnie nielogiczną wersją brytyjskiego oryginału. No cóż. I tak to zupełnie ani nam, ani im nie przeszkadza, żeby się dogadać.

Żyją tu jeszcze czystej krwi Majowie, a także Metysi (mestiso), czyli potomkowie ludności białej i indiańskiej (ci sami, którzy uciekali przed wojną na Jukatanie) oraz unikalna grupa etniczna Garifuna - potomkowie czarnych Afrykańczyków i karaibskich Indian. Garifuna albo Garinagus wyglądają bardziej jak Afrykańczycy, ale mówią językiem, który brzmi bardziej jak indiański, a ich kultura zawiera w sobie elementy obu grup etnicznych. Podobnie jak Majowie stanowią około jednej dziesiątej ludności Belize.

W zdominowanej przez Hiszpanów Ameryce Środkowej Belize stało się brytyjskie przez przypadek, a raczej przez zasiedzenie. Jeszcze zanim Wielka Brytania ogłosiła je kolonią Brytyjskiego Hondurasu, Belize było już brytyjskie przez sympatie. Do dziś 10 września - kiedy to Brytyjczycy wygrali z Hiszpanami bitwę armatnią na jednej z cayes archipelagu - jest narodowym świętem, celebrowanym hucznie przez ponad 10 dni.

To właśnie dziwne koleje losów Belize stanowią o jedynej w swoim rodzaju mieszance ludzi i kultur. Zaraz po ogłoszeniu Belize kolonią, Wielka Brytania zaczęła zachęcać ludzi z różnych części swojego imperium do osiedlania w tym kraju. Tak więc żyją tu małe społeczności chińskich restauratorów, libijskich handlowców, niemiecko-szwajcarskich rolników, Indian, Europejczyków i Amerykanów. Już w Corozal, sennym miasteczku tuz za granica z Meksykiem, uderza nas, jak dużo jest tu chińskich knajpek.

Na Ambergris Caye najpopularniejszym miejscem nurkowym jest rezerwat Hol Chan, znajdujący się 6 kilometrów, czyli około 10 minut motorówką, na południowy wschód od San Pedro. To istne podwodne akwarium znajduje się na głębokości od 2 do 10 metrów i stwarza każdemu możliwość pływania wśród wspaniałych formacji koralowców w towarzystwie tropikalnych ryb wszelkich typów i rozmiarów. Tunel pomiędzy koralowcami prowadzi w morze, służąc jako „autostrada" dla wielu większych ryb, w tym barakud i paru gatunków spokojnych i nie agresywnych rekinów

Gromadzą się tu setki płaszczek, zwykle w towarzystwie mniejszych rekinów. Położony na głębokości paru metrów Sand Bar oferuje świetne możliwości dla podwodnych fotografów i początkujących nurków.

W Belize można również nurkować obok rekina wielorybiego, największej ryby na świecie. Te łagodne, podwodne giganty waza czasem do 15 ton i osiągają długość 15 metrów. Rekiny wielorybie przypływają na południe Belize w ciągu swoich dorocznych migracji pomiędzy pozną wiosną a wczesnym latem.

MIROSLAW RUTKOWSKI

"Wiedza i Życie" nr 6/2006

 

 

Blue Hole to wielki powulkaniczny krater w rafie koralowej w Morzu Karaibskim. Oddalony jest od

Belize City o okolo 80 km w głąb morza, pośrodku atolu Lighthouse Reef.

Swoją popularność zyskal dzieki filmom telewizyjnym i prezentacją wypraw morskich Jacques Cousteau. Obecnie stanowi ona

wielką atrakcje dla nurków i tych którzy pragna podziwiać podwodny swiat. Można się tu udać na całodniową wyprawę,

która jest organizowana z Belize City czy z wyspy Ambergris Cay.

Blue Hole ma postać morskiej studni o głębokosci ponad 140 m i srednicy 300 m w całości zalanej przez wodę.

została objęta patronatem UNESCO.

Rozsławił ja francuski oceanograf Jacques-Yves Cousteau,

który w 1970 roku wpłynał do niej statkiem badawczym Calypso. Za pomocą niewielkiej ilości materiałów

wybuchowych,otworzyl przejscie w rafie i wprowadził swój statek.

Cousteau wraz z załoga badał studnie przez kilka miesięcy, także za pomocą pojazdów głębinowych.

Okolona turkusowym morzem i pierścieniem żywej rafy, ciemnogranatowa Blue Hole w rzeczywistosci jest wapiennym lejem

krasowym. Przed podniesieniem sie poziomu morza ten twór

geologiczny był jaskinią ladową, w której zawalił sie strop. Prawie pionowe ściany opadają na głebokośc mniej wiecej 35

metrów, gdzie studnia sie rozszerza w ogromną salę z wielkimi stalaktytytami,

niektóre maja długość aż 15 m. Dno sali znajduje sie na glebokości 145 m. Turyści nurkują zwykle

do stropu sali - na głębokość około 35 m.

Podwodna widoczność przekracza 60 metrów.

 

Koralowy Raj


Złapać bezkarnie żywego rekina za ogon! Czy to możliwe? Takie atrakcje czekają na amatorów nurkowania w jednym z najmniejszych państw Ameryki Środkowej - Belize.

Rafa koralowa, druga co do wielkości na świecie rozciągająca się na 296 kilometrów, jest bezsprzecznie największą atrakcją tego kraju. Nie było wyjścia, choć woda nie jest moim ulubionym żywiołem, wsiadłam z grupą turystów na niewielki stateczek i wyruszyłam na spotkanie z podwodnym światem. Gdy dopłynęliśmy do rafy okazało się, że nie jesteśmy sami, w pobliżu kotwiczyło kilka podobnych jednostek.

- Taka długa rafa a wszyscy nurkują w jednym miejscu, nadeptują sobie wzajemnie na płetwy - zamamrotałam pod nosem.

- Rzucanie kotwicy gdzie indziej jest zabronione - wyjaśnił przewodnik- niby wszyscy rozumieją, że korali nie wolno dotykać i odłamywać, a jednak to robią. - W ten sposób chronimy podwodny świat.

Co było robić- spuściłam uszy po sobie i udałam, że bardzo interesuje mnie przymierzanie płetw. Woda za burtą była kryształowo czysta i nieprawdopodobnie ciepła, pierwsi odważni założyli maski, fajki i wskoczyli do wody. - Wszyscy muszą spróbować -zachęcał przewodnik - dla tych, którzy nie umieją pływać mamy przygotowane kapoki. Jak wszyscy to wszyscy, z okrzykiem "raz kozie śmierć" wskoczyłam do wody. Chwila oszołomienia, łyk słonej wody i już mogłam podziwiać rafę.

Spotkanie z rekinem

Widok to naprawdę oszałamiający, różnobarwne koralowce, przedziwne rośliny i ryby jak na wystawie w sklepie akwarystycznym. Po chwili, zanęcone rozrzucanym przez przewodnika pokarmem, przypłynęły rekiny. Przyznam, że ciarki mi przeszły po plecach. Wprawdzie zostaliśmy uprzedzeni, że tutejsze rekiny mimo, że wyglądają podobnie jak ich krwiożerczy krewniacy, do ludzi są nastawione przyjaźnie ale strach pozostał. Bestie pozwalały się nawet dotykać i łapać za ogony. Spróbowałam i ja- rekinia skóra jest bardzo chropowata, przypomina wręcz papier ścierny. Oprócz rekinów atrakcją dla nurkujących są w Belize wraki średniowiecznych statków, które często rozbijały się o rafę. Każdy nurek marzy, podobno wcale nie bezpodstawnie, że trafi na skrzynie pełne złotych skarbów. W Belize, kiedyś zwanym Brytyjskim Hondurasem, mieszka 190 tys. ludzi. Stanowią niezwykłą mieszankę ras, kultur i narodowości. Połowa z nich to Mulaci i Murzyni. Inni to Metysi, Indianie, Europejczycy i Azjaci. Chyba najciekawszą grupą są czarnoskórzy Karaibowie nazywani też czarnymi Indianami. To potomkowie zbiegłych ze statku na początku XVII afrykańskich niewolników. Gdy statek, którym byli przewożeni, osiadł na mieliźnie- niewolnicy uciekli i schronili się na wyspie St. Vincent. Mieszkający na niej Indianie z plemienia Karaibów przyjęli nieszczęśników bardzo gościnnie. Z czasem te dwie rasy się zmieszały tworząc plemię nazywające siebie - Garifura. Burzliwa historia rozrzuciła ich po różnych krajach Ameryki Środkowej. Ci, którzy mieszkają w Belize zachowali dawne obyczaje. Najciekawsze jest to, że kobiety mówią innym językiem niż mężczyźni. Ten obyczaj pochodzi z czasów pierwszego spotkania afrykańskich niewolników z Indiankami.

Tańce z listy światowego dziedzictwa

Karaibowie obchodzą swoje święto każdego roku, 19 listopada . Można wtedy podziwiać ich tradycyjne tańce i śpiewy. Warto wiedzieć, że zostały one wpisane przez ONZ na listę niematerialnych skarbów światowego dziedzictwa.
W czasach przedkolumbijskich Belize wchodziło w skład imperium Majów. Pozostałości ich architektonicznej kultury zadziwiają ogromem i harmonią kształtów. Łatwo dostępny, odrestaurowany, położony tylko 50 km. od Belize City zespół świątyń to Altun Ha czyli "woda na skale". Największe, ukryte w dżungli, opuszczone miasto Lamanaj, zostało niedawno odkryte. Prace archeologiczne odsłoniły niewielką część pałaców, świątyń i rezydencji. Są tu również boiska do gry w pelote. - pramatki dzisiejszej koszykówki, siatkówki i piłki ręcznej. 
Archeolodzy odnajdują rzeźby ze świętego dla Majów kamienia - zielonego jak dżungla jadelitu. To jeden z pięciu kamieni szlachetnych świata obok drogocennych dla naszej cywilizacji: szafiru, szmaragdu, rubinu i diamentu. Na terenie Belize znaleziono głowę Boga Słońca wyrzeźbioną w bryle jadelitu, ważącą prawie 4,5 kilograma.

Guma do żucia i motyle farmy

 Wędrówkę przez pokrywającą ruiny dżunglę umila widok dzikich orchidei, i różnobarwnych ptaków. Nad rzeką, po wodnych liściach, stąpają ptaki Jezusa. Zgodnie z tutejszymi legendami przypisuje się im rolę naszych bocianów- przynoszą dzieci. - Z tej rośliny robi się gumę do żucia - opowiada nasz przewodnik. -Nazywa się -"chico zapote"- jej ugotowaną mleczną żywicę żuli Majowie. Gdy po raz pierwszy została zaprezentowana w Chicago w 1890, mało kto przypuszczał, że stanie się jednym z symboli amerykańskiej cywilizacji. Belize słynie również z bajecznie kolorowych motyli, jest ich tu ponad 600 gatunków. Powstały nawet farmy, na których motyle są hodowane a następnie eksportowane. Farmy można zwiedzać, widok tysięcy najbardziej kolorowych owadów świata robi nieprawdopodobne wrażenie.
Administracyjną stolicą kraju jest, maleńkie, liczące zaledwie 7 tysięcy mieszkańców - Belmopan. Prawdziwym centrum życia gospodarczego i społecznego jest Belize City. W często niszczonym przez huragany mieście, zachowało się trochę starej, kolonialnej architektury. Warta odwiedzenia jest, najstarsza w Ameryce Środkowej, anglikańska katedra. Turyści raczej szybko z Beliz City uciekają, tym bardziej, że szczególnie wieczorem, na ulicach bywa niebezpiecznie. Warto wejść do którejś, z prowadzonych najczęściej przez Chińczyków, restauracji i spróbować świeżych owoców morza. Dania te, będące luksusem w Europie i Ameryce, są w Belize czymś codziennym. Nic dziwnego, gdy wracałam wieczorem do hotelu spotkałam na ulicy kilka ogromnych krabów. Po prostu spacerowały sobie po chodnikach .

W restauracjach trzeba uważać na jedną rzecz - piekielnie ostrą przyprawę zwaną habanero. Produkuje się ją ze specjalnej, rosnącej wyłącznie w Belize, odmiany papryczki. Smak ma iście piekielny - kilka kropli habanero dodane do zupy, czyni ją dla nas niejadalną. Tabasco czy arabska harissa smakują przy niej jak miód. Choć Belize to kraj w Polsce mało znany warto wiedzieć, że część tamtejszej dżungli jest polską własnością. To nie żart ani pozostałość po przedwojennej Lidze Morskiej i Kolonialnej. Belize sprzedaje swoją dżunglę każdemu, kto zobowiąże się przekazać zakupiony las pod zarząd szwajcarskiej fundacji. To sposób na jego ocalenie. Swój kawałek kupiło miasto Wrocław i Muzeum Przyrodnicze w Krakowie.

Zofia Suska

 

 

Rio Dulce.

W tłumaczeniu jej nazwa oznacza słodką rzekę. Ma blisko 42 kilometry długości. Wypływa z jeziora Izabal. Jej odcinek wraz z korytem należy do Parku Narodowego Rio Dulce. Przebiega przez wąwozy z ostrymi, wysokimi (nawet do 100 metrów) wapniowymi skałami oraz jezioro Golfete. Uchodzi do Morza Karaibskiego. Nad jej brzegami często spotkać można białe czaple i papugi. Wyróżniają się także chlebowce i czerwone namorzyny. W przeszłości wykorzystywana była przez piratów by dostać się do wnętrza kraju.

Warto obejrzeć Castillo de San Felipe - fort, który w XVII w. miał bronić tutejszych osad przed zakusami piratów.

Gwatemala

Jest krajem Indian. Przechadzając się wąskimi uliczkami małych miasteczek, albo też spacerując szerokimi alejami miast dużych, nie sposób nie zauważyć ludzi ubranych w tradycyjne, bardzo kolorowe stroje. Żyje tu 55% Indian i 42% Metysów, co stawia Gwatemalę na pierwszym miejscu w Ameryce Środkowej pod względem liczby ludności tubylczej.
Gwatemala jest jednym z większych krajów Ameryki Środkowej o powierzchni 108 tysięcy kilometrów kwadratowych. Stolicą jest Gwatemala, językiem urzędowym hiszpański, a jednostką monetarną - quetzal. Od zachodu i północy graniczy z Meksykiem, od wschodu z Belize, a od południowego wschodu z Hondurasem i Salwadorem.
Można bez wątpienia powiedzieć, że Republika Gwatemali należy do najciekawszych państw Ameryki Środkowej, ale jednocześnie do najsłabiej rozwiniętych gospodarczo. Lata niepokojów politycznych nie zdołały osłabić zapału turystów z całego świata do odwiedzania kraju, w którym rządzili kiedyś potężni Majowie. Zostały tu po nich wspaniale zachowane miasta i kompleksy świątynne, które przytłaczają swoim ogromem i rozmachem architektonicznym, a także żywe dowody istnienia tej dawnej cywilizacji, jakimi są Indianie. Można ich zobaczyć zwłaszcza w Panajachel, Chichicastenango, Solola i wielu innych miejscach. Kultywują nadal tradycje przodków i ich obrzędy religijne. Nieraz oskarżano już władze państwowe o łamanie praw Indian: konfiskowano ich ziemie, nie zapewniano podstawowych środków do życia, pozostawiano samych sobie. Przez długi czas działała w kraju partyzantka lewicowa, walcząca nieprzerwanie z armią. Dopiero w 1996 roku na mocy zawartego porozumienia doprowadzono do zawieszenia broni między walczącymi stronami.
Amatorzy ekscytujących wypadów w głąb dżungli, miłośnicy fauny i flory znajdą na północy kraju, w rejonie El Peten swoje "El Dorado". Licznie występujące tu jaguary, pekari i małpy, a także krokodyle i egzotyczne ptaki quetzale dodadzą całej wyprawie niezapomnianych wrażeń. Klimat Gwatemali jest dość zróżnicowany, od równikowego, wybitnie wilgotnego, poprzez podrównikowy wilgotny, do piętrowego klimatu górskiego.
Gwatemalę ze względów turystycznych można podzielić na dwie części: północno-wschodnią i południowo-zachodnią. Ta pierwsza, obejmująca nizinę Peten, jest bardzo słabo zaludniona, o nieprzyjemnym, wyjątkowo gorącym i wilgotnym klimacie, porośnięta tropikalną dżunglą. Dodatkowym utrudnieniem jest słabo rozwinięta sieć dróg, co poważnie spowalnia tempo penetracji regionu. Godne uwagi jest leżące nad brzegiem jeziora Peten Itza nieduże miasteczko - Santa Elena, a dokładniej leżąca nieopodal niego, niewielka osada - Flores, do której prowadzi 500-metrowej długości grobla. Santa Elena jest wyjątkowo brzydkim miasteczkiem i w dodatku brudnym. Nawet główna ulica nie jest tu wyasfaltowana, a po ulewnym deszczu zamienia się w jedną, wielką kałużę. Miasteczko to jest warte zwiedzenia głównie po to, aby odczuć wyraźny kontrast i dostrzec piękno otaczającej go okolicy. Już po piętnastu minutach spaceru, zdegustowany szarością Santa Eleny turysta, ujrzy położone na wyspie malownicze miasteczko Flores. Charakteryzuje się ono ciekawą, zwartą zabudową z kolorowymi, wąskimi uliczkami. Wyspa ma kształt wzgórza, zaś na jej szczycie wciśnięty został między gęstą zabudowę mały prześliczny placyk, a na rogu kościół z interesującą fasadą. Panująca tu senna atmosfera pozwala odpocząć od hałaśliwej Santa Eleny. Na ulicy Calle 30 de Junio ulokowano dużo sklepików, w których sprzedaje się indiańskie wyroby i pamiątki.
Niedaleko Flores i Santa Eleny, także w okręgu Peten znajdują się ruiny największego ośrodka cywilizacji Majów - Tikal. Ten tropikalny las będący ogromnym stanowiskiem archeologicznym, proklamowano także rezerwatem biosfery, a UNESCO wpisało go w 1979 roku na listę światowego dziedzictwa naturalnego i kulturalnego.
Na obszarze tym, w czasie jego największego rozkwitu mieszkać mogło około 11.000 mieszkańców. We wczesnej, klasycznej fazie rozwoju zaznaczyły się tu wyraźne wpływy położonego na Wyżynie Meksykańskiej miasta Teotihuacan, później zaś tolteckiego miasta - Tula. Na terenie kontrolowanym z Tikal żyło prawdopodobnie około 60.000 ludzi. Nie wiadomo jak zdołano w owych czasach, w niedostępnym rejonie, zaopatrzyć tak wielu ludzi w wodę pitną. Jest to jeszcze jedna wielka zagadka, która czeka na rozwikłanie. Wiadomo jedynie, że wodę deszczową z wielkich placów i budynków zbierano w specjalnych zbiornikach.
Ruiny Tikal i otaczająca je przyroda stanowią jakby harmonijną całość. Jedno przenika w drugie tworząc niepowtarzalne zjawisko. Ponad zielonym dachem dżungli dumnie góruje szczyt Świątyni Wielkiego Jaguara, powszechnie uważanej za symbol klasycznej kultury Majów. Jeszcze wyższa jest piramida Świątyni Dwugłowego Węża, której wierzchołek wznosi się na wysokość 65 metrów. Park Narodowy Tikal to także przeogromna ilość bambusów, ceib (narodowe drzewo Gwatemali), palm, mahoniowców, porośniętych licznymi lianami i epifitami. Wśród nich latają kolibry, tukany i wielkie jak ręka motyle. W koronach drzew można wypatrzyć również małpy, a rano posłuchać ich wycia roznoszącego się po całej dżungli.
Nad rzeką Rio Motagua, w departamencie Izabal, na południowym wschodzie państwa, niedaleko granicy z Hondurasem znajduje się park archeologiczny i ruiny miasta Quirigua. Największe dzieła rzeźbiarskie Majów w tym historycznym mieście wznoszą się ku niebu na wysokość około dziesięciu metrów. Najstarsze ze steli powstały przed 1300 laty. Bogato zdobione figurami, mitycznymi postaciami, ornamentami i pismem obrazkowym są niczym kamienne podręczniki historii. Częściowo zostały odczytane, dając możliwość wglądu w niepowtarzalny świat Majów.

Nad brzegiem największego jeziora Gwatemali - Izabal, położona jest miejscowość Rio Dulce. Zbudowana jest ona wzdłuż głównej ulicy, co w połączeniu z tłumem ludzi i straganami stwarza pewien chaos. Przez miasto przepływa rzeka o tej samej nazwie. Z przerzuconego nad nią mostu roztaczają się niezwykłe widoki na okoliczne jezioro i gęsty las tropikalny. Amatorzy wycieczek rzecznych mogą wynająć tu łodzie motorowe i płynąć do Livingston nad Morzem Karaibskim. Podczas rejsu obserwować można dzikie ptaki w ich naturalnym środowisku, w niezwykłej scenerii lasów namorzynowych.

Z turystycznego punktu widzenia warto udać się też do Chiquimuli ze względu na największy w całej wschodniej Gwatemali targ, na którym kupić można dosłownie wszystko i po okazyjnych cenach. Najatrakcyjniejszymi towarami wydają się być artykuły ręcznie wykonane przez Indian.
Zachodnie rejony Gwatemali należą do najatrakcyjniejszych w całym kraju. Wspaniałe góry, wulkaniczne wierzchołki (niektóre sięgające nawet 3000 metrów n.p.m.), Indianie ubrani w tradycyjne stroje to tylko niektóre z zalet tego regionu. Wyżynno-górskie ukształtowanie terenu sprawia, że klimat w tej części kraju jest przyjemniejszy niż w rejonie Peten.
Licząca ponad 2 miliony mieszkańców stolica kraju - Ciudad de Guatemala, jest największym miastem w całej Ameryce Środkowej. Charakteryzuje się wielkimi i hałaśliwymi rynkami, Indianami sprzedającymi swoje wyroby na ulicy, zniszczonymi autobusami bez szyb w oknach i czasami bez drzwi. Nie jest to wprawdzie zjawisko wyjątkowe w Ameryce Centralnej, ale jednoznacznie trzeba stwierdzić, że miasto jawi się jako jeden wielki chaos i zamęt. Dla lepszej orientacji w mieście, podzielono je na strefy, po których bez planu i tak trudno się poruszać. Biuro informacji turystycznej mieści się na ulicy 7a Avenida 1-17 w IV strefie i dysponuje pomocnymi dla turysty wiadomościami. Większa część interesujących miejsc położona jest w strefie I. Należy do nich Plaza Mayor, czyli rynek główny, na którym odbywają się liczne ceremonie świąteczne oraz parady wojskowe. Po wschodniej stronie stoi potężna Katedra z 1782 roku, a za nią Mercado Central, czyli bazar, na którym kupić można oryginalne pamiątki z podróży. Wielbiciele kultury Majów udać się mogą do muzeum Popol Duh, gdzie znajdują się liczne eksponaty tej właśnie cywilizacji jak również eksponaty z czasów kolonialnych. Nieco dalej od centrum, blisko międzynarodowego lotniska znajduje się Narodowe Muzeum Archeologiczno-Etnograficzne, a kilka metrów dalej Muzeum Sztuki Nowoczesnej.
Około 40 kilometrów na południowy wschód od miasta Guatemala znajduje się Antigua Guatemala ? będąca przez ponad 200 lat kwitnącą stolicą potężnej kolonii. Władcy świeccy i duchowni demonstrowali tu swoją potęgę za pomocą imponujących, monumentalnych budowli. Jednakże w roku 1773 na skutek potężnego trzęsienia ziemi miasto legło w gruzach. Nie popełniono tu na szczęście typowych dziś błędów architektonicznych, dzięki czemu odrestaurowana częściowo starówka ma nadal typowy dla hiszpańskiego miasta kolonialnego kształt i charakter.
Na południowy zachód od Antigua leży bardzo interesujące miasteczko Ciudad Vieja. Zostało ono założone w 1527 roku, a następnie zniszczone przez wulkan Agua. Jest to raj dla wielbicieli wspinaczki górskiej, którzy mogą spróbować swoich sił zdobywając wulkany Agua lub Pacaya (2900 m n.p.m.). Należy tu przy okazji nadmienić, że szlaki nie są oznakowane i istnieje wysokie prawdopodobieństwo zabłądzenia, a zdarzały się i napady.
Prawie każda wycieczka turystyczna odwiedzająca Gwatemalę przybywa do małej górskiej miejscowości - Panajachel, usytuowanej przy jeziorze Atitlan, które uważane jest za jedno z najpiękniejszych jezior świata. Warto tu przyjechać chociażby ze względu na roztaczającą się panoramę jeziora i okolicznych wulkanów: Toliman, Atitlan i San Pedro. Nie ma tutaj zabytków kolonialnej architektury, są za to niepowtarzalne widoki, które pamiętać będzie każdy, kto choć raz rzuci okiem na to przecudne zjawisko przyrody.
Na przystani stoją motorowe łodzie, których właściciele oferują rejsy w wybrane części jeziora lub do wiosek leżących na jego brzegu. Na drodze idącej do samego brzegu ulokowały się stoiska oferujące rozmaite pamiątki od drewnianych masek, wyrobów ceramicznych i rękodzielniczych po maczety, hamaki i bluzy indiańskie.
Innymi miejscowościami, o których warto tu wspomnieć są na pewno Solola, położona na wysokości 2110 m n.p.m. gdzie można zobaczyć tłumy kolorowo ubranych Indian, gromadzących się na sobotnie targowisko oraz Chichicastenango, gdzie tubylcy gromadzą się na targowiskach w czwartki i niedziele.

 

Nasz hotel przed rejsem 1 dzień na San Pedro

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

CAPE HORN 2004 - S/Y ZJAWA IV.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Bahama 2004

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Greece 2004

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

*

9-16 luty 2008 organizujemy wyprawę szkoleniowo nurkową

na wyspę Bonaire

 

Zapraszamy płetwonurków, kandydatów na kurs nurkowania

oraz początkujących miłośników podwodnej przygody

Jeśli chcesz przeżyć niezapomnianą przygodę, spędzić czas w podwodnym świecie wyspy BONAIRE jedź z nami ...

Bonaire przez ostatnie dwadzieścia lat, jest uważane za jedno z najpiękniejszych miejsc na Karaibach .

Głównym powodem zachowania piękna flory morskiej, jest fakt że od roku 1979, rafa

koralowa znajduje się pod ścisłą ochroną.

Nurkowanie na Bonaire pozwoli ci zobaczyć jedną z najlepiej zachowanych raf barierowych na świecie.

Ciepła krystalicznie czysta woda stwarza doskonałą widoczność a bogactwo podwodnej flory i fauny, tworzy niezapomniane wrażenia.

Zwiedzając podwodny świat Bonaire, na pewno spotkasz , mureny, barakudy, stada tarpanów, żółwie, rogatnice, papugo ryby, langusty, ogromne płaszczki, oraz dziesiątki innych morskich zwierząt.

Nurkowanie w Bonaire jest przyjemne i bezpieczne, prądy wodne są słabe, a widoczność dochodzi do 100'

Lokalizacja: 30 mil od Curacao, 50 od Wenezueli, 86 mil na wschód od Aruby, i poza zasięgiem Karaibskich huraganów.

Rozmiar: 24 mile długości, 3-7 mil szerokości.

Słonecznie cały rok, przeciętna dzienna temperatura powietrza to 82F, a temp wody 80F .

Kontakt: Rafał

Email: sailor@sailor1.us

 


BRAK WOLNYCH MIEJSC !

Wyprawa szkoleniowo nurkowa

Promocyjna Cena $ 999 .

W cenie wliczone jest:

- Przelot samolotem ......................................................................
- Zakwaterowanie domki letniskowe (cottage) pokoje 2 osobowe
- 2 nurkowania dziennie, zapewniamy butle , balast......................
- Opieka instruktora PADI............................................................

Wyżywienie we własnym zakresie

Wylatujemy z New York - JFK 9 lutego 2008
Powrót do New York - JFK 16 lutego 2008

 

Dla początkujących miłośników podwodnej przygody zorganizujemy przeszkolenie
pływania z maska fajką oraz sprzętem nurkowym DSD / dobra zabawa /

Dla spełniajacych wymogi standartów PADI przeprowadzimy

kurs nurkowania zakończony egzaminem
na stopień Open Water Diver.

Wszyscy biorący udział w szkoleniu i nurkowaniach są ubezpieczeni.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

*

 

Opowieści z kubryka S/Y „ MELONG ” Bavaria 46
Rejs wyspy Dalmacji

Chorwacja 2006

09.02.2006r. port Mandalina

09.03.2006r. port Mandalina (Sibenik) – Skradin
Płyniemy! Co prawda dopiero o 1.00 wypłynęliśmy, naprawa usterek , no ale płyniemy. Okolica ładna, pogoda ładna, my ładni… czyli sesja fotograficzna wszystkich, na tle wszystkiego i wszędzie. Naszym pierwszym celem jest Park Narodowy KRKA. Płyniemy rzeką pod prąd do miejscowości Skardin. Jest to zabytkowe miasto o bogatym dziedzictwie kulturalno-historycznym. Po raz pierwszy wspominane zostało już w VI w., kiedy to było głównym miastem ilirskiego plemienia Liburnów. Tu przesiadamy się na stateczek wycieczkowy do Parku Narodowego Krka, którego największą atrakcją jest siedem niezwykle malowniczych wodospadów o łącznym spadku 242 metrów. Największy i zarazem najsłynniejszy z nich to Skradinski Buk, który w istocie jest to ciągiem wodospadów na odcinku 400 metrów przepływającym przez 17 kaskad i pokonując 45 metrów wysokości. Wędrujemy drewnianymi kładkami zbudowanymi nad rozlewiskami rzeki pośród bujnej roślinności, wkoło słychać szum wody i śpiew ptaków… po prostu pięknie… A na koniec kąpiel przy wodospadzie…mniam. Wykąpani i uśmiechnięci wracamy na ‘Melong' i nocujemy na kotwicy w pobliżu miasta Skardin.

09.04.2006r. Skradin – Vis
Plaża na pokładzie… Dziewczyny cały dzień się wygrzewają w słońcu…poza Ewą, która próbuje zmusić się do nauki (od razu po powrocie ma egzamin z konstrukcji metalowych, a taka wiedza raczej powoli wchodzi do głowy w tak pięknych okolicznościach przyrody)., więc skończyło się na drzemce z książką na brzuchu… Tadek tak się rozsmakował w sterowaniu, że wszystkie wachty przesiedział za sterem… Rysiek połykał jednym tchem książkę i wafelki, a Kapitan czuwał nad wszystkim. Jednym słowem: sielanka
Wieczorem dopływamy do wyspy Vis, gdzie kazano sobie płacić za kotwicowanie… więc odpływamy trochę dalej do malowniczej zatoki i kotwice rzucamy kolo plaży, a wieczorem podziwiamy cudny zachód słońca. Wyspa Vis jest niewielka, bo ma zaledwie 17 km długości i 8 km szerokości. Była to pierwsza grecka kolonia na Adriatyku założona jeszcze w IV w. p.n.e. W czasach antycznych miasteczko nosiło nazwę Issa i biło własne monety. Wyspa ta znana jest również z piękna przyrody. W okolicy rozciągają się winnice, z których winogrona wykorzystywane są do wyrobu autochtonicznych win o wysokiej jakości. W przewodnikach widnieje jako spokojne i przyjemne miejsce, więc trzech dyżurnych imprezowiczów, czyli Bogusia, Teresa i Tadek zrobili pontonowy desant na plażę, by sprawdzić ile w tym jest prawdy. Jednak uroki wysypy podziwiali z najbliższego baru, gdzie w poszli w tany do białego rana…

09.05.2006r. Vis – Bisevo - Lastovo
Ech…po nocnych harcach Tadek cały dzień jest nieżywy, a dziewczyny muszą odespać: zwiedzanie wyspy potrafi być wyczerpujące. Ale jak już wszyscy doszli do siebie, to obraliśmy kierunek na słynną Błękitną Grotą na wyspie Bisevo. W drodze tej towarzyszą nam delfiny, skaczące koło nas … ‘Zaparkowaliśmy' naszą łódkę obok innych tuż przed wejściem do groty i na raty pontonikiem pływaliśmy oglądać grotę…oczywiście nic za darmo… 30 kuna od głowy! Ale czego się nie robi, by poszerzyć swoje horyzonty i poznać nieznane Grota była cudna…gra światła i wody…wkoło ciemno, a jedyne światło, które dostaje się do groty, to promienie słońca przechodzące podwodnym korytarzem oświetlające wodę wewnątrz jaskini nadając jej przy tym przepiękną srebrno – błękitną barwę tworząc niepowtarzalny widok…który psują inne łódki i pontoniki próbujące przedostać się jak najbliżej światła, a grota ma zaledwie 24 m długości, 12 m szerokości …ale i tak jest pięknie.A w tak zwanym międzyczasie reszta załogi kąpie się w morzu. Woda oczywiście kryształ, ale w takim krysztale również pływają rekiny, brr… my na szczęście widzieliśmy tylko delfiny. Po wycieczce krajoznawczej i po kąpieli ruszamy dalej… Płyniemy i płyniemy… słońce grzeje i grzeje… no i żeby za dobrze nie było: pod wieczór odwiedził nas BORA !!! Wiatr zimny i silny, który pojawia się nagle, ale na szczęście udało nam się bezpiecznie dopłynąć do celu, którym była wyspa Lastovo. A że było już po północy, to po małej lampce regionalnego wina (kupionego za ciężkie pieniądze, a smakującego jak tani sikacz) wszyscy poszli grzecznie spać…dobranoc

09.06.2006r. Lastovo – Pomena (Mljet)
Lastovo – Spokojna wyspa, którą oglądaliśmy tylko z pokładu jachtu. Do 1989 roku Lastovo ze względów militarnych było zamknięte dla turystów zagranicznych, gdyż była tu baza jugosłowiańskiej marynarki wojennej. Wykute w skale bunkry nie są dziś używane i udostępniono je turystom. Mieszkańcy trudnią się uprawą winorośli i oliwek oraz rybołówstwem. Rybacy lastovscy znani są też z połowu licznie występujących tu ogromnych langust. To właśnie od włoskiego określenia langusty pochodzi nazwa wyspy. Wyspiarski charakter Lastova przejawia się również w występującym tu unikalnym dialekcie języka chorwackiego oraz oryginalnej architekturze…ale wróćmy do naszej wycieczki: Dzień jak zwykle rozpoczął się od kąpieli w morzu…co prawda między torpedami, bo staliśmy w porcie, ale na kotwicy, więc nie było tak źle…no i wyruszyliśmy. Cel: wyspa Mljet zwana Zieloną Wyspą. Powierzchnia 100 km2 jest w 72 % pokryte lasami, które stworzyły z wyspy Mljet jedną z najbardziej zaleśnionych wysp w Adriatyku. Faunę wyspy dziesiątkują mangusty, które zostały przyniesione tu celowo, by wytępiły gady, lecz wraz z nimi zostały zabite również liczne inne gatunki zwierząt. My dobiliśmy do miasteczka Pomena na zachodnim brzegu wyspy (Miasto to zamieszkuje zaledwie około 50 mieszkańców) i stanęliśmy…w knajpie! Cumowanie było gratis, jeśli zjemy w tej knajpie. Tak więc obiecaliśmy, że zjemy i ruszyliśmy na podbój wyspy. Oczywiście nikt nie wiedział którędy iść, a dojść chcieliśmy do tutejszej atrakcji czyli słonych jezior: Małe i Wielkie otoczonego gęstym lasem sosnowym. Jednak większą atrakcją okazały się Fiaty 126 cabriolety ucharakteryzowane np. na psa czy kota. Po sesji fotograficznej przy „maluchach” ruszyliśmy na poszukiwanie Jezior… i jakimś cudem je znaleźliśmy. Co prawda trochę zabłądziliśmy i trochę więcej czasu nam to zajęło niż pisano w przewodniku, ale za to za darmo. Bo okazało się, że to Park Narodowy i trzeba kupować bilety wstępu… ale my przypadkiem znaleźliśmy darmowe wejścieJ Tak więc z 5 kuna w kieszeni doszliśmy do Jeziora. A tam było wiele atrakcji: rejsy stateczkiem, wypożyczalnie łódek i rowerów oraz… bezwstydne golasy kąpiące się nieopodal. Jednak my za najbardziej atrakcyjne uznaliśmy możliwość chodzenia, bo na łódce nie ma za dużo miejsca i ruszyliśmy drogą wzdłuż Jeziora. Doszliśmy do benedyktyńskiego klasztoru z XII wieku położonego na wyspie św. Marii, a raczej do miejsca widokowego na klasztor, więc zrobiliśmy kilka zdjęć i ruszyliśmy z powrotem. Oczywiście była też obowiązkowa kąpiel w jeziorze i biegiem na łódkę. Biegiem, bo wszyscy głodni… Ech, głodni, ale jeść nie mogliśmy, bo załoga po drodze się zgubiła, a zanim się znalazła to już 9 wieczór była. No ale w końcu zjedliśmy w „naszej” restauracji …a nad morzem, to co innego jak nie seafood?! Małże! A po małżach, co innego jak nie śliwowica?! No i wszystko poszło gładko…

09.07.2006r. Pomena (Mljet) – Dubrownik
Ruszamy z restauracji i płyniemy do „perły Adriatyku” czyli Dubrownika. To jedna z głównych atrakcji Chorwacji, miasto wpisane na listę dziedzictwa kulturowego UNESCO, jako jedno z trzech miast europejskich kategorii 0 (najwyższej). Dubrownik zachwyca niezwykle malowniczym położeniem w pobliżu kilku wysp. Jego przepiękne zabytkowe stare miasto (Stari Grad) jest jak ogromne muzeum pod gołym niebem - otoczone najlepiej zachowanymi na świecie, długimi na prawie 2 kilometry murami obronnymi z czasów średniowiecza (wzniesione pomiędzy VIII a XVI w). Największy urok nadają miastu jego ulice, które do tej pory zachowały swój średniowieczny charakter, gdzie wszystkie budynki wykonane są z tego samego, jasnego kamienia. Do starego miasta wchodzi się przez dwie bramy: Pile i Ploce. Obydwie prowadzą do Stradun, głównego deptaku Dubrownika. Zwiedzanie Dubrownika to naprawdę niezapomniane przeżycie. Niestety duże spustoszenia zrobiła w Dubrowniku wojna serbsko-chorwacka. Część starego miasta została bezpowrotnie zniszczona, obecnie trwają mozolne prace nad jego odbudową… I właśnie takie widoki mieliśmy podczas obiaduJ Niestety nie mogliśmy tam zacumować, więc zatrzymaliśmy się w nowym porcie i na piechotę poszliśmy do starej części miasta. W Old City pierwsze co się rzuca w oczy, to nawierzchnia ulic, która deptana przez setki lat, teraz lśni jak lustro. Tak więc ślizgając się po Dubrowniku jak na lodowisku podziwiamy miasto nocą… Do najciekawszych zabytków Dubrownika należą: studnia Onofrio – 16-kątna budowla z XV wieku; Pałac Rektorów (Knezev Dvor) - dawna siedziba najwyższych władz Republiki Dubrownickiej (Przypomina on wenecki Pałac Dożów; Pałac Sponza (1516-1522). (budowla wyróżnia się loggią z pięcioma łukami i bogato zdobionym dziedzińcem wewnętrznym); klasztor Dominikanów (jego budowę rozpoczęto w 1304 r., a następnie wielokrotnie przebudowywano); plac Poljana Luża (na środku placu znajduje się słup "Orlandov", z wyrzeźbionym wojownikiem, symbolem wolnego miasta kupieckiego, dłuta Antuna Dubrovcanina (1418 r.) Długość prawego przedramienia wojownika służyła za wzorzec przyjętej tu miary - łokcia dubrownickiego); katedra Velike Gospe (Wniebowzięcia Najświętszej Marii Panny) z cennym wyposażeniem wnętrza (m.in. obraz Tycjana Wniebowzięcie Najświętszej Marii Panny); klasztor Franciszkanów budowany od 1317 r. z ciekawym kościołem, utrzymanym na zewnątrz w stylu romańsko-gotyckim, wewnątrz natomiast w stylu barokowym. Za kościołem można podziwiać wspaniały dziedziniec z palmami i inną roślinnością podzwrotnikową i stojącą w środku studnią z XVw… wszystko uważnie oglądamy i uwieczniamy na zdjęciach. Później w porcie jemy kolacje, a na łódkę wracamy autobusem…

09.08.2006r. Dubrownik - Korcula
Wstajemy rano i płyniemy do nowego portu, by tym razem obejrzeć Dubrownik w dzień. Rozpoczynamy od śniadania tuż przy porcie. Oczywiście odpływamy gdy każą nam płacić za kotwicowanie…znowu:-/ Po tza-tzikach i innych przysmakach myjemy gary i robimy desant pontonem na plażę. Kapitan i Pierwszy Oficer zostają na jednostce, a reszta idzie na wycieczkę zrobić zdjęcia portu z góry, wejść na mury obronne i zobaczyć to co się w nocy nie dostrzegło. Przypadkiem trafiamy na krawatową akcję: Na dzwonnicy alpiniści rozwieszają ogromny czerwony krawat, wkoło pełno ludzi pod krawatem, są stoiska informacyjne, a wieczorem ma przyjechać telewizja…A to wszystko dlatego, że Chorwacji są bardzo dumni ze swojego wynalazku: krawata. Legenda głosi, że wieki temu Chorwaci idąc na wojnę wiązali sobie na szyjach w specjalne węzły chustki od ukochanych, które później od narodowości wynalazców nazwano krawatami… Niestety ma na wieczorne wydarzenia nie możemy zostać… duszą odkrywców każe nam odkrywać kolejne lądy…więc robimy zakupy w naszym ulubionym Komzumie i wracamy na ‘Melong”… „Ładując” się na pokład znowu atakuje nas strażnik….. Po dłuższej kłótni z polityką w tle odpływamy w kierunku Korculi… (pojawiają się chmury)

09.09.2006r. Korcula
Noc była burzliwa… błyskało często i gęsto, ale na szczęście wkoło nas, a nie nad nami. My zdołaliśmy ukryć się w zatoczce. Ustaliliśmy wachty i poszliśmy spać. Wiało tak mocno, że zerwało nam kotwicę, więc było trzeba czuwać czy nie zbliżamy się do któregoś brzegu… na szczęście deszcz nie padał…ale wiatr szalał i to do rana. Rano chmury się rozeszły i znowu było pięknieJ Więc przestawiliśmy się do portu w miasteczku Korcula i cały dzień mieliśmy na zwiedzanie…Jest to niezwykle piękna wyspa o bogatej i różnorodnej roślinności, pięknych plażach i skalistym brzegu. W miejscowości Korcula urodził się w 1254 roku sławny podróżnik i odkrywca Marko Polo (jego dom rodzinny ciągle tu stoi). Miasto bardzo wyraźnie rozwinęło się w późnym średniowieczu, a zapiski z XVI wieku mówią nawet o 6000 mieszkańców. W Korculi znajduje się wiele zabytków z tego okresu, m.in. renesansowy kościół Gospojina, most Punat, którym wchodzi się do miasta, system murów obronnych. Najokazalszą budowlą jest jednak katedra Św. Marka.

09.10.2006r. Korcula – Hvar
Dziś jesteśmy na wyspie Hvar. Mówi się o niej: wyspa lawendy. Ze względu na swój łagodny, specyficzny klimat bywa porównywana z portugalska Maderą. Słońce świeci tu niemal cały rok, deszczowych jest tylko kilka dni w ciągu roku, a w lecie temperatura nie przekracza 25°C. Wyspa może poszczycić się także wieloma wspaniałymi zabytkami. Marmurowe alejki i średniowieczne budowle Starego Miasta Hvaru przypominają Wenecję. Wśród zabytków warto zobaczyć szesnastowieczną katedrę św. Stjepana, hiszpańską i francuską twierdzę, wenecki arsenał, pałac biskupi oraz klasztor franciszkanów z kolekcją cennych obrazów. My za punkt honoru stawiamy sobie wdrapanie się na wzgórze, na którym jest forteca, a z niej rozciąga się malowniczy widok na ciąg wysp nazywany "Pakleni Otoci". Cel zostaje osiągniętyJ

09.11.2006r. Hvar – Brać – Split – Trogir
Dziś mieliśmy bardzo intensywne zwiedzanie. Jak na prawdziwych Chińczyków przystało, chcieliśmy zobaczyć jak najwięcej w jak najkrótszym czasie i oczywiście uwiecznić to wszystko na zdjęciach. Zaczęliśmy od wyspy Brać. Nazwa:Brać, ale nie było za bardzo co brać…no może poza gałązką rozmarynu, którą Teresa i Małgosia bezwstydnie ułamały z czyjejś doniczki (łobuzy!). Oprócz doniczki z rozmarynem, na wyspie był jeszcze kościół i… o dziwo nie było Konzumu!? (naszego ulubionego sklepu)…albo gdzieś go przed nami ukryli…?! Następny przystanek to kąpiel w zatoce koło wyspy Brać i dalej płyniemy do Splitu. W miejscu dzisiejszego Splitu na początku naszej ery powstała iliryjsko – grecka osada Aspalathos. Nazwa pochodziła od aromatycznego ziela rosnącego w okolicy. Ziemie te wkrótce opanowali Rzymianie, którzy w sąsiedniej Salonie założyli centrum prowincji Ilirii. Aspalathos zostało wybrane pod koniec III wieku przez cesarza Dioklecjana na budowę olbrzymiego pałacu. Ciekawa jest historia życia władcy. Młodzieniec niskiego stanu, syn wyzwoleńca z Salony, stolicy rzymskiej prowincji - Dalmacji. Rodzice nazwali go Dioklesem. Zanim uznał się za cesarza, potomka Jowisza, i zapisał się w historii jako ostatni cesarz, który skazywał chrześcijan na śmierć, był prostym żołnierzem. Według legendy, kiedy obozował z legionem gdzieś w Galii, druidka mu przepowiedziała, że zostanie władcą Imperium Romanum, jeśli zabije dzika. Upolował stada dzików i... awansował jedynie na dowódcę straży przybocznej cesarza Numeriana. Nie zapobiegł jednak zamachowi. Cesarza zgładził niejaki Aper. Diokles zabił Apera, a żołnierze obwołali go cesarzem. Aper to po łacinie dzik... Jako cesarz Dioklecjan wprowadził władzę absolutną. Uwielbiał bogaty, wschodni ceremoniał. Wybrzeże Dalmacji było jego ulubionym zakątkiem w całym imperium. Po abdykacji w 305 roku zamieszkał w zbudowanym przez siebie pałacu. Po jego śmierci w 321 r. ta okazała rezydencja znalazła szczególne zastosowanie. Zsyłano tu kolejnych obalanych cesarzy lub ich rodziny. Wraz z upadkiem cesarstwa nastały dla mieszkańców Dalmacji ciężkie czasy. Wybrzeże było nękane przez najazdy barbarzyńców. Po zburzeniu Salony przez Awarów i Słowian w 605 r. jego mieszkańcy schronili się za potężnymi murami byłej rezydencji cesarskiej, dając w ten sposób początek miastu Split, zwanego wówczas Spalato. Split znany jest dobrze wszystkim miłośnikom zabytków antycznych. Znajduje się tu najlepiej zachowana w Europie Wschodniej budowla rzymska: pałac cesarza Dioklecjana z III/IV wieku.Jako, że Dioklecjan sam był żołnierzem, pałac został zbudowany na wzór obozu legionistów rzymskich. Do pałacu cesarza wiodły trzy bramy - Złota, Srebrna i Żelazna, zachowały się do dziś. Przed Złotą Bramą wejścia strzeże olbrzym z brązu z rozczapierzonymi palcami uniesionej prawej ręki. W lewej trzyma Biblię. To święty Dujam. Pałac był podzielony na dwie części: północna połowa stanowiła koszary i pomieszczenia administracyjne. W południowej były komnaty cesarskie i jego mauzoleum. Pałac w granicach murów w VII wieku został zajęty i zaadoptowany na potrzeby późniejszych mieszkańców miasta. Nazywany jest dziś Stari Grad, w odróżnieniu do Novi Gradu powstałego z osady słowiańskiej. Dawne mauzoleum cesarza zostało zamienione w VII wieku na katedrę św. Domusa. Sarkofag cesarski przestał istnieć już wcześniej. Jest to okazała, ośmioboczna budowla przykryta kopułą. Wewnątrz znajduje się wiele arcydzieł rzeźbiarstwa średniowiecznego począwszy od drzwi katedralnych po ołtarz św. Anastazego. Stosunkowo najlepiej zachowaną częścią dawnego pałacu jest perystyl. Składa się z monumentalnych kolumn korynckich. W dawnych komnatach cesarskich urządzono w XVI i XVII wieku dwie kaplice. Dawna świątynia Jowisza, została natomiast w średniowieczu zamieniona w baptysterium. Znajduje się w nim okazały sarkofag biskupa Jana z Rawenny. W obrębie murów dawnego pałacu powstało także wiele dworów kupieckich. Najokazalszy z nich to barokowy Pałac Cindro. Starówka w Splicie jest dzisiaj ciekawą mieszaniną stylów i budowli z różnych okresów…a pośrodku tego wszystkiego my! Do zwiedzania dużo,a czasu mało…Szybko obiegamy co ważniejsze i ciekawsze kościoły. Zaliczamy wejście na wieżę (oj, jak wysoko) i przemykamy szybko między ciasnymi białymi uliczkami z obowiązkowym głaskaniem palca u stopy św. Dujana. (Palec ten jest już tak wygłaskany, że aż się świeci, ale przecież nikt nie odpuści sobie okazji do pomyślenia życzenia…a nóż widelec…J Biegiem wracamy na łódkę i płyniemy w stronę miasta Trogir… ech, ciężkie jest życie chińskiego turysty… Nocujemy w cichej zatoce wśród setki rybaków na swych małych łódeczkach…

09.12.2006r. Trogir
Rano przestawiliśmy się do Trogiru. Dziewczyny oczywiście obrały kurs na prysznice, a gdy już wszyscy doprowadzili się do stanu używalności, ruszyliśmy w miasto… Trogir jest na liście światowego dziedzictwa UNESCO, więc było co oglądać. Miasto położone na niewielkim półwyspie szczyci się wspaniałą, zabytkową starówką z wąskimi, romantycznymi uliczkami oraz konglomeratem zabytkowych świątyń i pałaców. Wystarczy spojrzeć na plan starego Trogiru, by przekonać się o niezwykłości tego miasta, które przywodzi na myśl baśniowe krajobrazy. Z portu jachtowego w którym zacumowalismy rozciąga się widok na urokliwą, pełną restauracyjek aleję palmowa biegnącą wzdłuż przystani dla promów, którą dochodzi się do pozostałości zabytkowych murów twierdzy weneckiej. Na stare miasto wchodzi się przez późnorenesansową bramę miejską z XVII w., z kamienną rzeźbą patrona Trogiru, błogosławionego Ivana Ursina. Na szczególną uwagę zasługuje wenecka katedra św. Lovro, (św. Laurencjusza), najcenniejszy zabytek Trogiru, którą wedle kronik budowano 200 lat. Ta trójnawowa świątynia ma wspaniałą fasadę, ozdobioną rozetą i romańskim portalem pokrytym płaskorzeźbami, oraz potężną dzwonnicę. Barokowe wnętrze katedry jest niezwykle bogate Niezwykle cenne są również renesansowa kaplica św. Iwana i pochodzący z tego samego okresu ratusz… Rozdzielamy się i każdy zwiedza co chce. Kapitan z Bogusią jadą odrobić zaległości ze Splitu, gdyż Kapitan został na pokładzie, gdy my zwiedzaliśmy Split. Wieczorem dla chętnych było wyjście na tańce i obowiązkowa „nalewka kapitana” J

09.13.2006r. Trogir – Opat (Kornati)
Kornaty - raj dla żeglarzy… tak przynajmniej piszą w przewodnikach. Raj jednak kończy się, gdy każą sobie płacić 80 kuna od osoby.A Kornaty…ech… Najbardziej zagęszczony archipelag wysp na Morzu Śródziemnym - Kornaty. 89 ze 152 wysp Kornatów ze względu na wyjątkowe piękno i bogactwo flory i fauny ogłoszono w 1980r. parkiem narodowym. Rzeczą najbardziej zapadającym w pamięć są klify znajdujące się w szeregu wysp należących do Kornatów Dolnych. Najwyższe klify znajdują się na wyspie Klobučar (80m), Mana (65m), --- zwana „Wyspą Piratów” ,Rašip Veli (64m). Podmorskie części tych klifów sięgają aż do 100m głębokości. Oprócz klifów i wysp o przeróżnych kształtach, swoją urodą wyróżniają się też przesmyki Mala i Vela Proversa znajdujące się między Kornatem, Katyną i Dugim Otokiem. Mala Proversa jest w istocie płycizną przekopaną dla żeglugi już w czasach starożytnego Rzymu. Centrum życia na tych wyspach znajdowało się kiedyś na polu Tarac, na którym dominuje twierdza Tureta z VI w. Znajduje się tu też kościółek Gospe od Tarca (Królowej Morza), zbudowany na ruinach starochrześcijańskiego kościoła z XVIw. Dzisiaj Kornaty nie są zamieszkane na stałe, ale chłopskie i rybackie domki rozsiane po spokojnych i dobrze osłoniętych zatokach świadczą o obecności ich właścicieli. Setki wysypek aż kusi, by je zdobywać. Nam udaje się zdobyć szczyt jednej z nich o zachodzie słońca, więc widok jest- jak to Bogusia mówi: odlotowyJ Atrakcją są także owieczki biegające po wyspach… trzeba więc uważać na bobki rozsiane między ostrymi skałami… czyli atrakcje na każdym krokuJ

09.14.2006r. Opat (Kornati) – Lermaka (Kornati)
Dzień rozpoczęliśmy oczywiście od zdobycia szczytu. Na górze okazuję się, że strasznie wieje. Jednak my twardo postanawiamy płynąć dalej…wieje…na szczęscie wiatr mamy w plecy, więc na żaglach pędzimy do przodu…wieje…sesja fotograficzna za sterem…wieje… szukamy zatoczki, by się wykąpać…nadal wieje…mijamy skałki, na których na pewno niespodziewanie skończył się nie jeden rejs…kąpiel. Zatoczka ładna…w końcu jakieś drzewa, ale i tak wieje… Przestawiamy się w bardziej osłoniętą zatoczkę i próbujemy zasnąć przy świstach wiatru…

09.15.2006r. Lermaka (Kornati) – Sibenik
Oj, działo się, działo: „…rzucało nami góra, dół, a fale zmyły pokład…” …ale zacznijmy od początkuJ Wiało całą noc i rano nie chciało przestać, a płynąć trzeba było, by zdążyć na ostatni samolot do Polski. No więc nie ma wyjścia- płyniemy! Każdy zapiął się w pasy, przymierzył kapok i przypomniał sobie gdzie jest tratwa ratunkowa. Niestety w żaden sposób nie mogliśmy dowiedzieć się jaka jest prognoza pogody…ale może to i dobrze!? Tak więc nieświadomi tego co nas czeka wypłynęliśmy… no i : „rzucało nami góra, dół, a fale zmyły pokład” …jednym słowem: odlotowo! Fale nas moczyły, a wiatr suszył, więc sól można było z nas zeskrobywać i sprzedawać na kilogramy. A wiatr!? Oczywiście jak na złość ciągle był fordewind. Ale co to dla nas!? Łupinka nasza bujała się, skakała po falach, a my twardo płynęliśmy dalej…Ech, przeżyliśmyJ A pod koniec, to nawet ścichło, by sobie robić spokojnie zdjęciaJ Tak więc: cali, zdrowi i szczęśliwi dotarliśmy do naszego portu macierzystego…Ech, lądJ ech...koniec?! Nie! Jeszcze problemy z podejściem do kei, bo wiatr dobijający, a silnik strumieniowy odmówił posłuszeństwa… ale koniec i tak musiał nadejść… A na koniec „nalewka kapitana” i tuńczyk Bogusi…palce lizaćJ No to siup,na drugą nóżkęJ Ahoj!!!

„Co mi tam rozszalałe morze, co mi tam ostre zęby skał. Ważna jest tylko ta pogoda, która w sercu będę miał”

 

Dziennik pokładowy:

Ewa Witkowska

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Żeglarska Odyseja

Grecja 2005

Od 2 lipca 2005 roku rozpocznie się kolejny 10 rejs organizowany przez Sailing & Scuba Diving Club ? Nautica Tym razem celem rejsu będzie archipelag greckich wysp Cyklady

Na dziesięciodniowa żeglugę załoga wyruszy z portu Kalmaki, 20 km od Aten, nowoczesnym jachtem Bavaria 47 . Uczestnicy wyprawy 05 odwiedź pięć wysp archipelagu: Santorini, Milos, Serifos, Hydrę, Paros.

Na wyprawę po malowniczych zakątkach archipelagu zaprasza

Capt. Rafał , który w swojej żeglarskiej praktyce, zdobył legendarny Cape Horn

W rejsie mogą wziąć udział żeglarze oraz nowi adepci poszukujący odpoczynku w morskiej żegludze z dala od turystycznego zgiełku

Dla 8 osobowej załogi będzie to nie tylko kolejna okazja do realizacji żeglarskich pasji, odnaleźć tu można wiele zabytków kultury antycznej, to wlanie na tych wyspach wciąż żywy jest duch czasów starożytnej Grecji .

Jak w czasach antycznych odległości pomiędzy wyspami pokonamy pchani morskimi falami i podmuchami wiatru. Nowi adepci żeglarstwa poznają zasady panujące na morzu i na jachcie. Zdobędą wiedzę potrzebną do dalszego rozwijania umiejętności żeglarskich. Nie zabraknie też wrażeń dla tych, którzy znają już żeglarska wędrówkę.

Żeglarze, którzy odwiedzili w minionym roku rejon Cyklad , podkreślali

wyjątkowe właściwości tamtejszego klimatu. Fenomen morza egejskiego Rajski klimat - Sprawia, że odczuwalny jest olbrzymi przypływ sił witalnych

A włóczęga żeglarska działa na uczestników rejsu jak prawdziwy eliksir młodości.

Ideą rejsu obok żeglarskiej przygody jest zapoznanie uczestników z historią

I sztuką antycznej Grecji oraz urodą piękna morza egejskiego.

Linia brzegowa Grecji liczy 15 tys. km oraz 212 wysp.

Jest to prawdziwy raj dla żeglarzy

Głównym etapem rejsu będzie malownicza wyspa Santorini (Tira) , o powierzchni 75,8 km2, znajduje się tu czynny wulkan Kajmeni; jego wybuch w połowie II tysiąclecia p.n.e. Zniszczył osadnictwo wyspy z epoki brązu. Zdecydowało to o wyjątkowym charakterze tamtejszego krajobrazu.

Santorini jest najbardziej znaną poród wysp na Cykladach. Obecna nazwa wyspy pochodzi z czasów bizantyjskich ( SANTA IRINA), to właśnie ona jest patronkš wyspy.

Kolejnym portem, do którego zawinie jacht będzie wyspa MILOS.

To jeszcze jedna wyspa pochodzenia wulkanicznego. Jej urodę stanowią fantastyczne formy skalne. Właśnie tutaj odnaleziono Wenus z Milo, legendarny posąg- ideał kobiecej urody z czasów antycznych.

Dużą atrakcją dla wielbicieli sztuki antycznej będzie również możliwość zwiedzania ruin starożytnego miasta Melos. W dobrze zachowanym amfiteatrze rzymskim dzięki odrobinie wyobraźni można przenieść się w czasy poezji, teatru i sztuk pięknych tamtych czasów.

Kolejny etap rejsu to SERIFOS, górzysta wyspa, poprzecinana urodzajnymi dolinami. Zapewne uwagę naszej żeglarskiej grupy, przyciągnie spokojna i malownicza, zawieszona nad zatoką miejscowość Livadhi. Jest to jedno z ciekawszych miejsc na Cykladach.

Następny ląd, który odwiedzi załoga Bavarii podczas żeglarskiej włóczęgi to piękna wyspa HYDRA, która zachowała dawny urok i należy do ciekawszych w tym rejonie. Ciekawostką jest to, że obowiązuje tam zakaz poruszania się pojazdami mechanicznymi.

Kolejnym celem podróży będzie PAROS, trzecia co do wielkości wyspa Cyklad po Naxos i Andros. W ostatnich latach stała się ważnym ośrodkiem turystycznym. Malowniczy widok przedstawiają wzgórza pokryte polami uprawnymi i winnicami. Warto zobaczyć stare wioski greckie, klasztory i porty rybackie. Oglądając te miejsca ma się wrażenie, że na tej wyspie czas się zatrzymał.

Rafał B.

 

 

 

                                                                                       1994 - 2010   Nautica Club -         © All Rights Reserved.